Jak to wszystko się zaczęło?
kwietnia 14, 2017W naszym domu zawsze były zwierzęta. Kiedy zamieszkaliśmy razem po jakimś czasie zaczęło nam ich brakować, jednak ze względu na tryb życia, częste wyjazdy i plan dnia zapełniony po brzegi wiedzieliśmy, że jedyne zwierzę, które mogliśmy w tamtym czasie posiadać to rybki, a i te mogłyby ostatecznie nie przeżyć. Jednak, jak możecie się domyślać, myśl o zwierzakach nie dawała nam spokoju...
Mimo napiętego harmonogramu zaczęliśmy jeździć do schroniska i wyprowadzać bezdomne psy. Bez względu na pogodę, ilość obowiązków, sił i tak dalej. Z czasem stało się to sobotnią rutyną. Nic dziwnego, bo mimo trudnych, schroniskowych widoków i zmęczenia wracaliśmy naładowani niespotykaną dotąd pozytywną energią i uczuciem ogromnej satysfakcji. Nadszedł moment kiedy wiedzieliśmy, że chwilowo będziemy mieć nieco więcej czasu w lutym zeszłego roku i po przemyśleniu całej sprawy zdecydowaliśmy się na zostanie domem tymczasowym. Wtedy chociaż tyle mogliśmy zrobić. W innym poście opowiem o tym nieco więcej, ale w niedługim czasie zostaliśmy "rodziną zastępczą" dla dwóch uroczych szczeniaków: "Miko i Nali" oraz ich mamy Soni z gminnej przechowalni w Mszczonowie, gdzie groziło im to wszystko, czym może grozić maluchom schronisko.
To było wymagające, ale i niezwykle pouczające doświadczenie. Szczeniaki bardzo szybko znalazły domy, natomiast ich mama okazała się dla nas dość wymagającym przypadkiem, chociaż ostatecznie, kiedy udało jej się znaleźć dom u nowego opiekuna to za nią, nie za szczeniakami, wypłakaliśmy całe morze łez.
Później wpadliśmy w przewidziany wcześniej wir obowiązków, z powodu którego nie mogliśmy zostawić na stałe naszych tymczasków.
Po roku zdarzyła się pewna niespodziewana sytuacja. Wychodziłam wtedy z siłowni i nagle na środku ruchliwej ulicy zauważyłam psa. Niewiele myśląc podbiegłam na chodnik, kucnęłam i zaczęłam przywoływać go do siebie. Psiak jak gdyby nigdy nic podbiegł do mnie i zaczął się łasić, jak się później okazało była to podpalana, niskopodłogowa sunia, trochę w typie Haszczaka. Rozejrzałam się wokoło, zaczęłam pytać ludzi czy znają tego psa, choć o tej godzinie (21:00) było już ich niewiele. Jedną ręką próbowałam więc zatrzymać ją przy sobie, a drugą już wyciągałam telefon żeby zadzwonić po Filipa żeby mi pomógł.
![]() |
| Lala - uciekinierka :) |
Napisaliśmy na stronach, gdzie ogłaszane są znalezione psy i na całe szczęście już następnego dnia odezwała się właścicielka. Dlaczego piszę o tej sytuacji? Bo ona uzmysłowiła nam, że niektóre psy, w przeciwieństwie do naszych poprzednich"tymczasów", nie potrzebują całodobowej opieki i prawdopodobnie uda nam się tak przeformułować plan dnia, aby pozwolić sobie na własnego zwierzaka lub chociaż na razie na kolejnego "tymczaska". Tym razem mieliśmy wobec nich pewne wymagania na wstępie, ale to tylko po to, aby w ogóle móc myśleć o przygarnięciu jakiegokolwiek zwierzaka.
Nie spieszyliśmy się z wyborem. Wysłaliśmy kilka ankiet. Jak co sobotę pojechaliśmy do schroniska
wyprowadzać psy. Tym razem trafiliśmy do Sobolewa. Spotkaliśmy tam Zulę, która zwróciła już wcześniej naszą uwagę. Był to bardzo nieśmiały pies i nie byliśmy pewni czy powinniśmy mierzyć się z takim wyzwaniem jak socjalizacja.
Jednak podczas spaceru Zula bardzo się otworzyła i to jak bardzo odżyła i jak w pewnym momencie zaczęła się cieszyć naszą obecnością sprawiło, że mimo, że wyprowadziliśmy jeszcze inne, mniejsze psiaki, które być może łatwiej przystosowałyby się do życia w mieście i były bardziej "pro ludzkie" stwierdziliśmy, że damy szansę temu futrzanemu cudakowi, jakim jest Zula. Bo kto jak nie my? Jeszcze tego samego dnia wyjechaliśmy ze schroniska z nowym towarzyszem, który ze strachu całe dwie godziny jechał z nosem wetkniętym w siedzenia i z bijącym jak dzwon sercem. Bałam się, że zejdzie wtedy na zawał. Naprawdę.
Pierwsze dni były trudne. Zula okazała się być przerażona nową rzeczywistością... Pierwszego dnia nawet w ogóle się nie załatwiła. Nie było mowy o samodzielnym wejściu do budynku, o schodach nie wspominając. Żadne wołania, przysmaki nie działały. Kiedy wnieśliśmy ją (20-kilogramową sunię) do mieszkania nie była w stanie poruszać się po większej powierzchni niż metr kwadratowy również w jego zakresie się czołgając. Zaczęła normalnie jeść dopiero po około tygodniu. W ciągu pierwszego tygodnia ugryzła nam dwie osoby z rodziny, a dwie pozostałe porządnie owarczała. Już wtedy wiedzieliśmy, że nie będzie łatwo. Stopniowo wszystko zaczęło iść do przodu. Powoli otwierała się i oswajała z "urokami" miasta. To jak się zmieniała przynosiło nam ogromna satysfakcję i wiarę, że jeszcze "będą z niej psy", że musi się udać. Dziś to zupełnie inny pies, choć przed nami jeszcze wiele pracy to mamy olbrzymią satysfakcję z tego co udało się dotąd osiągnąć. W życiu musiała przeżyć wiele, a jednak tam, w schronisku i później zaufała nam. Chcieliśmy jej oszczędzić kolejnych zmian i zadecydowaliśmy, że zostaje z nami. Na dobre i na złe. I tak to się właśnie wszystko zaczęło. :)





0 komentarze